28 sierpnia 2017

Wielkie porty lotnicze - część w poważnym zagrożeniu

Wiele wskazuje, że wraz z dalszym wzrostem zasięgu samolotów pasażerskich czekają nas poważne zmiany w portach lotniczych. Część analityków wprost twierdzi, że niektóre lotniska mogą mieć w kolejnej dekadzie poważne problemy. Porty lotnicze to ogromne organizmy. Największe, generują dziesiątki tysięcy miejsc pracy, ogromne podatki i wielkie zyski. To co napędza je to ruch samolotowy. Nie trzeba chyba tłumaczyć, że spadek liczby odprawionych pasażerów i zmniejszenie ładunków cargo może się odbić negatywnie na wielkich lotniskach.
 
Jeszcze niedawno wydawało się, że te kluczowe porty nie mają się czego obawiać. Tymczasem aż tak różowo nie jest. Cios nadchodzi z dość niespodziewanego kierunku. Rozwój techniki lotniczej umożliwiał dotychczas przyspieszenie operacji lotniczych, samoloty łatwiej i krócej się tankowało, a pasażerowie szybciej opuszczali i zajmowali miejsca w maszynach. To zaś przekładało się na przepustowość lotnisk.

A co jeśli nagle się okaże, że część lotnisk będzie zbędnych? Że część przewoźników zmniejszy częstotliwość połączeń? Jak to w ogóle możliwe?  

Ruch lotniczy na całym świecie rośnie. Przybywa linii lotniczych i połączeń. Jednak niektóre kierunki są oblegane dużo bardziej niż inne. Szczególnie dotyczy to połączeń transatlantyckich, lotów z największych państw UE do Azji, czy lotów z azjatyckich metropolii do USA i Australii.

Jednak ze względu na osiągi samolotów niektóre połączenia muszą odbywać się etapami. Efektem tego są wielkie porty przesiadkowe. W niektórych znacząca część ruchu pasażerskiego jest generowana przez „przesiadkowiczów”. Przykładem jest Chek Lap Kok Airport, czyli po prostu lotnisko w Hong Kongu. W ubiegłym roku obsłużyło ono aż 70,5 mln pasażerów (dla porównania nasze Okęcie 12,8 mln). Z tego aż 30 proc. to pasażerowie tranzytowi. Nieco większy udział pasażerów tranzytowych miało singapurskie lotnisko Changi, które w 2016 roku obsłużyło prawie 58,7 mln pasażerów.

Przykładem ekstremalnym wielkiego portu przesiadkowego jest lotnisko w Dubaju. W ubiegłym roku obsłużyło ono ponad 83,6 mln pasażerów, co czyniło z niego największy port pod względem lotów międzynarodowych. Warto dodać, że jeszcze dekadę temu było to zaledwie 34,3 mln pasażerów.

Dubaj korzysta na tym, ze może być dobrym punktem przesiadkowym dla pasażerów wielu krajów.

Tyle, że ten atut nie jest dany na zawsze. Zagrożenie brzmi A350ULR i B777X.

Zagrożeniem dla "przesiadkowych" portów lotniczych mogą być nowe maszyny A350ULR i B777X. Fot. Fotolia.

- Z małą pomocą Boeinga i Airbusa chcemy uruchomić bezpośrednie połączenia z Sydney do Londynu i Nowego Jorku – powiedział Alan Joyce, dyrektor generalny Qantasa, narodowego przewoźnika lotniczego Australii.
 
Szef australijskich linii liczy, że wkrótce będzie dysponował maszynami, które non stop będą mogły pokonać ponad 10 tys. mil morskich. To zaś może oznaczać, że pasażerowie nie będą musieli korzystać z przesiadek. Oczywiście pozostaje kwestia 20 godzinnego lotu, ale to inna sprawa.

Jako pierwsze w przyszłym roku mają wejść do użycia Airbusy A350 ULR (Ultra – Long Range), które według planów konstruktorów mają móc pozostawać w powietrzu przez minimum 19 godzin. Władze przewoźnika chciałyby jeszcze, aby producent wydłużył ten czas o 2-3 godziny. Wiele wskazuje, że te starania mogą się powieść.

Odpowiedzią Boeinga ma być przedstawienie w 2020 roku nowej maszyny 777X, która ma mieć jeszcze lepsze osiągi. Bazowa wersja ma dysponować zasięgiem niespełna 9 tys. mil morskich. Specjalna, dalekiego zasięgu, znacznie większym.

Na razie trudno oszacować jak nowe samoloty wpłyną na liczbę pasażerów, którzy musieli korzystać dotychczas z przesiadek. Wpływ na to będzie miało wiele czynników. Na przykład kluczowym będzie oferta połączeń i ich koszt. Jednak biorąc pod uwagę ekonomikę lotu, w której najdroższym elementem są start i lądowanie, wyeliminowanie połowy tych operacji może sprawić, że bilety będą cenowo atrakcyjniejsze.

Jeszcze ważniejszy jest fakt możliwych oszczędności czasowych. To może sprawić, że z lotów z przesiadką będą rezygnować pasażerowie pierwszej klasy i klasy biznes, a więc ci na których linie lotnicze i porty zarabiają najwięcej.

Pojawiają się również spekulacje, że aż tak dużego odpływu pasażerów jednak nie będzie. Argumentem ma być likwidacja przed kilkoma laty bezpośredniego połączenia Singapuru z Nowym Jorkiem. Kilkunastogodzinny lot był realizowany z wykorzystaniem specjalnie przystosowanych maszyn Airbus A340-500. Samolot dysponował tylko setką w pełni rozkładanych foteli. Pomimo kosztownych biletów połączenie nie było ekonomiczne.

Jednak nowe dalekodystansowe maszyny będą miały jeden ogromny atut. Nowe samoloty będą miały tylko dwa silniki, a nie jak A340 cztery.

To wszystko może oznaczać, że poważne przetasowania w portach lotniczych i wśród przewoźników nadchodzą bardzo szybkimi krokami.


Dariusz Malinowski


http://www.wnp.pl/transport-lotniczy/wielkie-porty-lotnicze-czesc-w-powaznym-zagrozeniu,304827_1_0_1.html